- Skarbeńku, masz ty jakieś imię? - zapytała spokojnie. Nie odpowiedziałam. Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Cóż, zdałam się wtedy na kompletną szczerość.
- Nie wiem.
- Jak to nie wiesz? Skarbeńku, jak to nie wiesz jak masz na imię?
Wzruszyłam ramionami. Dobra, nie miałam ochoty na rozmowę z Izzy. Jakby nie patrzeć, z zeznań Leanne wynika, że kogoś zabiła. Kto miałby ochotę na rozmowę z mordercą?
- Skarbeńku, czy mogę do ciebie mówić... Skarbeńku?
- Ale dlaczego "Skarbeńku"?
Izzy zastanawiała się chwilę. Zagryzła wargę i wbiła swój wzrok gdzieś w oddalony punkt.
- Bo mi kogoś bardzo przypominasz - rzuciła w końcu.
Nie powiem aby to mnie specjalnie zaskoczyło. Pewnie chodzi o jakąś jej zaginioną siostrę czy coś w tym rodzaju. Zapewne siostrzyczka/przyjaciółka trafiła do obozu albo zabiło ją to OMNIchóróbsko. Nie załapała się na strzelanie iskierkami z palców, trzaskanie elektrycznością gdzie popadnie, miotanie przedmiotów bez ich dotykania, kontrolowanie ludzkich umysłów czy chociażby nadwyżkę inteligencji. Albo właśnie się załapała, tylko coś poszło nie tak.
Usłyszałam z tyłu przeklinającą Leanne. Nie przytoczę jej słów, po prostu nie chcę. Takich rzeczy nie powinno się pisać bez potrzeby. Usłyszałam jeszcze zduszone "Och" jednego z chłopaków. Odwróciłam się i zobaczyłam, że Jake (to był chyba Jake) trzyma się za głowę. Jego kolega Tom zaciskał pięści. Leanne najwyraźniej spostrzegła się, że może przecież użyć jeszcze głowy do zaszkodzenia swoim wrogom. Izzy tylko się uśmiechnęła. Nie było w tym już nic z tej parodii uśmiechu, którą przekazała związanej Leanne. Tutaj widać było nieco smutku.
- Lea, nie rzucaj się. To nie ma sensu.
- Czego ty od nas chcesz?! - wykrzyczała Leanne.
Izzy odwróciła się do niej. Wyciągnęła rękę w jej stronę i gwałtownie szarpnęła w górę. Zielona wystrzeliła ponad nas wszystkich i unosiła się w powietrzu. Więc Izzy była Niebieska.
- Czy to takie ważne? - wysyczała.
Leanne wyglądała okropnie. Z przymkniętymi oczami, rozsypanymi w powietrzu włosami i rękami, związanymi za jej plecami była jak postać z koszmaru.
- Przestań - wymamrotałam.
- Co? - rzuciła Izzy.
- Przestań - powtórzyłam.
Niebieska wzruszyła ramionami i ruchem ręki odstawiła Leanne na ziemię. Zielona upadła na kolana. Jake chciał jakby przywalić jej w głowę, ale Izzy wysunęła rękę w jego stronę. Chłopak zrozumiał o co jej chodzi i jedynie prychnął gniewnie.
- Czemu jej tak bronisz? - zapytała mnie Izzy.
- Nie znam jej zbyt długo, ale wiem, że mnie też by broniła.
- Doprawdy?
Grunt pod stopami przestał być tak pewny. W zasadzie to już po chwili go nie było a ja wzbijałam się coraz to wyżej i wyżej...
Skądś znałam to uczucie. Przestajesz czuć ziemię i wzlatujesz, wzlatujesz, lecisz bez końca w tych wszystkich wspomnieniach i ten spokojny głos ci mówi, żebyś zapomniała o wszystkim i po prostu dała się porwać... nie stawiaj oporu, zwyczajnie się nie da, twoje myśli i tak należą do Spokojnego Głosu, który każdym słowem wypala dziurę w umyśle... Wypala... ogień... pustka...
Uderzyłam o ziemię. Wszystko stało się znacznie bardziej widoczne. Nade mną stała Izzy a Leanne wywrzaskiwała coś, czego nie mogłam zrozumieć. Alex starał się ją uspokoić. Jake i Tom krzyczeli na Leanne. Ja starałam się powrócić ze słodkiej krainy moich myśli. Może nie do końca słodkiej, prędzej słodkogorzkiej, no ale cóż.
- Co ci jest?
- CO TY JEJ ZROBIŁAŚ?!
- Uspokój się...
- Zamknij się suko!
- Pytam się jeszcze raz, co ci jest?
Skrzywiłam się tylko. Za dużo dźwięków. To bolało. Gestem pokazałam, że chce mi się pić. Izzy pokiwała tylko głową i rzuciła coś do Toma i Jake'a. Zaczęłam się zastanawiać czy są jej kolegami, czy jej niewolnikami?
Nie wiem co się działo dalej. Nie, na szczęście tym razem nie zemdlałam. To było coś w rodzaju dziury w pamięci. Jakby wycięto z filmu klatkę tak, aby można było się zorientować, że pominięto spory kawałek akcji, ale film idzie dalej pomimo sporego ubytku.
- Mówisz przez sen.
Nie otworzyłam oczu, bo już były otwarte. Prawdopodobnie też nie spałam przed moim nagłym ocknięciem się. Zajerestrowałam obecność Izzy tuż naprzeciwko mnie. Klęczała. Ja leżałam, ale nie kompletnie na ziemi. Ktoś położył pode mnie jakiś koc albo prześcieradło, w sumie nie wiem co.
- Co mówię? - powiedziałam. Miałam taki dziwnie słaby głos.
- Coś do jakiejś dziewczyny na A. Że ma tego nie robić czy coś. - Spojrzenie Izzy nie było nadto podejrzliwe jak u Leanne czy zbyt ciekawskie jak u Alexa. To było spojrzenie rasowego terapeuty z przyczepioną metką "Opowiedz o swoich problemach jeżeli chcesz".
- Aha - odparłam niezbyt inteligentnie. - A czemu właściwie nie śpisz?
- Nie mogę. Nie chcę.
- Czemu nie chcesz?
- Bo wtedy mówię przez sen. - Na twarz Izzy wstąpił blady uśmiech, ledwie widoczny w blasku dogasającego ogniska. Też się lekko uśmiechnęłam.
- Pozostali gdzie?
- Jake patroluje. Reszta śpi i ma się dobrze. Tobie też bym radziła znowu zasnąć, ale próbuj nie krzyczeć do tej A., dobrze?
- Ta.
- No to śpij. Dobranoc.
Chwilę mi zajęło przypomnienie sobie, kim była i co zrobiła Izzy. Targa nas siłą za sobą. Według zeznań Leanne, zabiła człowieka. Wylewitowała mnie i Leanne w powietrze.
A teraz mówi mi "Dobranoc" i opowiada o tym, co mówiłam przez sen? To nie jest normalne ani logiczne. Ona powinna mi przywalić i warknąć coś w stylu "Żeby to się nie powtórzyło". Brak logiki, pomocy. Zieloni potrzebują logiki. Ja jej potrzebuję.
Chciałam wstać, aby pójść do Alexa i Leanne. Izzy zauważyła moje wysiłki i jakby położyła rękę w powietrzu. Poczułam jak coś mnie przyciska do ziemi, powoli i delikatnie, lecz stanowczo.
- Nie wstawaj - mruknęła surowo Izzy. - Idź spać, dobrze radzę.
Sen wzywał mnie tak kojąco. Dalej, zapomnij, wołał. Poddałam się mu. Jedyną rzeczą, którą poczułam przed samym zaśnięciem, było spojrzenie Izzy.
Rany, czego od nas do cholery chce?
***
- Izzy, co ty zrobiłaś?!
- Ja... ja...
- Izzy, do jasnej cholery, czy ty go zamordowałaś?
- Jak niby inaczej miałybyśmy uciec? Lea, nie chciałam tego zrobić, okoliczności mnie zmuszały i...
W oczach Lei nie widziałam dotąd aż takiego chłodu, takiej pogardy, wręcz nienawiści. Chciałam zginąć. Wyrzucić w powietrze siebie samą i wyłączyć moc. Zawiodłam ją. Zawiodłam siebie.
- Odchodzę.
- Lea, nie.
- Nie będziesz mi rozkazywać!
- Wolałabyś zginąć?
Stała się zdecydowanie zbyt ostra. Och, przykro mi, zawaliłam na całej linii. Ale co mógłby nam zrobić, jeżeli bym go nie zabiła? Widać, że to koleś z łowców nagród. Wydałby nas za hajs. Trafiłybyśmy znowu do tego piekiełka. Thurmond, założone przez kapitana Thurmonda, populacja bez obozu: pięć osób. Ciarki przechodzą na samą myśl o tym miejscu.
- Nie. Wolałabym jednak mniej drastyczne rozwiązania.
- Spanikowałam i...
- Przestań, brzydzę się tobą.
Przesunęła palcem wskazującym i środkowym po klatce piersiowej w prawo. To był nasz głupi tajny kod, w razie, gdybyśmy nie mogły rozmawiać. Oznaczał mniej więcej tyle co "Koniec". Zdrętwiałam.
- Lea, nie, zaczekaj, ja...
- Zapomnij! - Jej głos był tak przenikliwie ostry. Nie zapomnę tego nigdy.
- Lea, nie, poczekaj, ja... LEA! - wydarłam się, kiedy Zielona ze swoją torbą w ręce odwróciła się i poszła w swoim kierunku.
Nie umiałam jej zatrzymać. Wzięłam do ręki kamień, rzucałam nim w stronę drzewa i zatrzymywałam zanim jeszcze zdołał w nie uderzyć. Kreatywnie.
Lea była kreatywna.
Zapomnij o Lei.
Nie myśl o Lei.
Właśnie to zrobiłaś.
Odtąd nie potrafiłam spać. Zawsze we śnie pojawiały się te same motywy: ciało łowcy nagród, upadające na ziemię w zwolnionym tempie, wściekłość i rozczarowanie Lei, jej sylwetka majacząca gdzieś w oddali i kamień, który nigdy nie doleci do drzewa.
Chciałabym to wymazać z pamięci, jakby nic się nie stało. Nie da się tak. A może się da. Trzeba tylko znaleźć odpowiednią osobę.
A Skarbeniek mi w tym pomoże.