Nie jest mi łatwo patrzeć na twarze Leanne, Alexa i Izzy.
Nie jest mi łatwo słuchać tej ciszy, jaka zalega między nami.
Nie jest mi łatwo iść bez skrępowania kiedy oni mają związane ręce.
Ogólnie rzecz biorąc, ta sytuacja jest niekomfortowa. Ciężko jednak o komfort w takich czasach, prawda?
Pewnej nocy Izzy po raz kolejny nie spała, podobnie jak ja. Wpatrywałyśmy się w ogień razem, ona ze smutkiem, ja z fanatycznym uwielbieniem. Moja lewa ręka lekko drżała.
- Skąd ci się to wzięło? - zapytała Izzy. Wzruszyłam ramionami.
- Nie pamiętam.
- Nie pamiętasz wielu rzeczy, prawda? - szepnęła.
- Ta.
- Też tak chcę.
Uniosłam brwi. Nie, niech mówi co chce, ale nie chciałaby zapomnieć. Pozbyłaby się wszystkich wspomnień, swojej poprzedniej tożsamości, historii, wszystkiego, co ważne.
- Nie wiesz o czym mówisz.
- Tu się mylisz, Skarbeńku. Chciałabym zapomnieć. To uczyniłoby mnie wolną.
Zapadła chwila ciszy. Izzy rzuciła mi krótkie spojrzenie.
- Nie zastanowiło cię... - zaczęła powoli. - Nie zastanowiło cię dlaczego nie znasz swojego imienia, przeszłości, czegokolwiek?
- Nie - przyznałam. Zbyt wiele się działo w moim obecnym życiu.
- Skarbeńku... ja myślę, że ktoś ci wymazał pamięć. Musiał zrobić to jakoś opornie bo niektóre rzeczy ci się przypominają.
- Znasz się na tym? - wyszeptałam.
- Mój ojciec był lekarzem. Pasjonował się hipnozą i pamięcią. Ja podglądałam to, co ma w książkach.
Izzy bynajmniej nie wyglądała na kogoś, kto zaczytywał się w książkach o takiej tematyce. Spodziewałam się, że jej ojciec jest surowym wojskowym, który kazał malutkiej Izzy robić pompki kiedy tylko wstanie. Mimowolnie wyobraziłam to sobie i uśmiechnęłam się do siebie. Niebieska cicho się zaśmiała.
- Pewnie wyobrażałaś sobie go jako napakowanego, zdyscyplinowanego generała. Akurat to matka była twardą, niezależną kobietą. Niestety, jej córeczka jest bezwzględna i sieje terror, ale ma serduszko o twardości rozgotowanego makaronu.
- Izzy Skała nie jest tak nieczuła?
- Nie jestem, Skarbeńku. - Uśmiechnięta twarz Izzy wyglądała dość intrygująco w blasku ognia. Cienie podkreśliły ten dziwny, tajemniczy uśmieszek. Mrok pod oczami kontrastował z odbiciem ognia w nich. Każdy siniak nabrał ciemniejszej, groźniejszej barwy.
Zapadła chwila ciszy. Czułam się niezręcznie, jakby zapadła przeze mnie. Może powiedziałam coś nie tak. Może uraziłam Niebieską. Może...
- Kładź się spać, Skarbeńku.
Zapadłam w sen pełen niespokojnych, dziwnych zdarzeń, których nie mogłam wytłumaczyć.
***
Patrzyłam na Alexa, śpiącego niewinnie z uśmiechem na twarzy. Jego broda leżała na jego piersi, ręce miał splecione i położone na kolanach. Taki słodki. Taki niewinny. W życiu by nikogo nie zamordował, tak, jak zrobiła to Izzy. Ugh.
Tak naprawdę nic nie miałam przeciw zamordowaniu łowcy nagród. Gorszy był sposób, w jaki Izzy to zrobiła. Wywaliła go w powietrze na kilkadziesiąt metrów i trzasnęła nim o ziemię, jakby nikt nie był w stanie zauważyć że ludzkie ciało magicznie się wzbija w powietrze. To było takie nierozsądne! Mogła wydać nas obie! Ciary mnie biorą jak pomyślę sobie, że tam mogli się czaić inni powaleńcy, czyhający na nasze życie.
A teraz... Izzy rozmawia z Emmą, jakby znały się od zawsze.
A może tak było? W obozach łatwo się komunikować, wbrew pozorom. Być może były w tym samym.
Ale to nie jest logiczne. Izzy jest Niebieska, za to Emma jest Zielona. Były od siebie oddzielone, miały inne zadania, przebywały zupełnie gdzie indziej o różnych porach.
Chyba, że Emma kłamie i nie jest Zielona. Może jest Niebieska. Przypuszczając, że nie należy do koloru, jaki nam podała, można dojść do wniosku, że kłamała również w innych sprawach. Czemu jednak miałaby nam mówić nieprawdę? Czyżby była...
Pomarańczowa.
Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy. Pomarańczowa. Chciała zdobyć pożywienie i ochronę. Skłamała, że jest Zielona, bo nierozsądnym byłoby ujawnienie prawdy.
Bo wtedy byśmy jej nie przyjęli.
- O czym tak myślisz? - zapytał Alex. Nie spał już. Jego zaspane oczy były pozbawione tej wesołej iskierki. Ziewnął i spojrzał na mnie, oczekując na odpowiedź.
- Emma nie jest Zielona. Okłamała nas - syknęłam. - To Pomarańczowa.
- Powiedziałaś, że kolor nie ma znaczenia - burknął.
- Chcesz, żeby tobą manipulowała? Może lepiej niech pozbawi cię wolnej woli i uczyni z ciebie marionetkę?
- Umiałaby? - Alex wyraźnie wątpił w to, co mówię. Najwyraźniej nie ogarniał powagi całej sytuacji. Ona nas może zniszczyć, pozostawić bez pamięci, uczynić z nas bezmózgie dzieciaki, ledwie pamiętające opanowaną sztukę mowy.
- Oni nie mają skrupułów - rzuciłam krótko. Nie zrobiło to na nim wrażenia.
- Ta. Fajnie.
Zaległa cisza. Paliła mnie tą wymownością: Alex bardziej ufał Emmie niż mi.
A może wcale nie ufał. Biorąc pod uwagę moje domysły na temat koloru Emmy i zachowanie Alexa oraz to, że Izzy dogaduje się z nią tak łatwo...
Prawdopodobnie Alex został przez nią zmanipulowany, podobnie jak Izzy. Być może Izzy dogadała się z nią i razem zamierzają nas unicestwić. Niebieska i Pomarańczowa, cudowne połączenie.
- Alex, my musimy uciec.
- Nie bez Emmy.
- Mamy uciekać od niej, nie z nią!
Spojrzał na mnie jakbym zaczęła krzyczeć coś w rodzaju "Niech piekło pochłonie Amerykę". Jakiż on naiwny. Pokręciłam głową. Nie miałam zamiaru dłużej udowadniać mu, dlaczego Emma jest dla nas zagrożeniem. Kiedy nadejdzie odpowiedni moment wykorzystam go i uciekniemy.
***
- Ari, no, pospiesz się! - krzyczeli rodzice, lekko popychając córkę do drzwi. Inna dziewczynka stała w deszczu, obserwując grymaszącą Ari, której do szkoły się nie spieszyło. Pod różową parasolką, której dziewczynka kompletnie nie znosiła, było wystarczająco dużo miejsca dla obu.
Ari w żółtym płaszczu przeciwdeszczowym i kaloszach o tym samym kolorze wyszła w końcu z domu. Patrzyła jak jej twarz odbita w kałużach była bombardowana kroplami deszczu. Skrzywiła się. To kompletnie bez sensu, iść do szkoły w taką pogodę. W szkole było i tak ponuro przez to, że kolejne dzieci znikały. Albo umierały, jak woleli to nazywać dorośli.
Tłumaczono im czego umarli nie robią. Nie pogłaszczą już kotów, nie pobawią się z psem, nie przytulą mamy. Ari pamiętała łzy w oczach jej koleżanek i kolegów. Damien płakał przez pół dnia, dopóki jego mama go nie zabrała. Wszyscy bali się śmierci dlatego, że tak naprawdę nikt nie mówił im czym jest sama śmierć.
Ari wiedziała.
Śmierć miała twarz tej miłej pani, która przyszła do nich do szkoły i tłumaczyła te wszystkie rzeczy.
Jej usta się uśmiechały, ale w jej oczach była tajemnica. Bardzo zła tajemnica.
Po raz kolejny, Ari wiedziała. Przeczytała to w jej głowie. To, co tam przeczytała, było czystą definicją śmierci. Te wszystkie dzieci w tych dziwnych, ciemnych budynkach. A najgorsze były te, które były jak ona. Te, które wiedziały, te, które czytały w głowach.
- Hej Ari. - Głos koleżanki był smutny. Jak wszystko wokół.
- Hej.
Szły do szkoły w milczeniu. Wkrótce Ari zapytała:
- Zachowasz mój sekret?
Chwila zastanowienia.
- Oczywiście.
- Ja... ja czytam w głowach. Ja tak umiem. I boję się, że oni się dowiedzą i trafię tam, gdzie reszta. Do tych... miejsc, bez rodziców i bez nikogo.
- Ja... podpaliłam nieco łóżeczko mojego braciszka. Ale bez zapałek, tak po prostu. Ja nie chciałam - dodała prędko, spuszczając głowę. - Ale to było silniejsze ode mnie.
Ari kiwnęła głową. Czyli obie miały sekret. Jak prawdziwe przyjaciółki! To sprawiło, że na ponurą dotąd twarz Ariany wstąpił słaby uśmiech.
Prawdziwe przyjaciółki, takie na zawsze!
Prawdziwe... przyjaciółki...
Miały być nierozłączne. Co teraz, skoro ktoś ją porwał?
Ariana przyrzekła sobie jedno. Odnajdzie ją, Emmę, jak to sama ją nazwała.
Znów staną się przyjaciółkami na zawsze.
Ukryci w Czerni
wtorek, 9 czerwca 2015
Rozdział VII
czwartek, 23 kwietnia 2015
Rozdział VI
Jesteśmy jedynymi, którzy potrafią was uwolnić od traumy, jaką przeżyliście.
Jesteśmy jedynymi, którzy posiadają taką moc i chcą wam pomóc.
Jesteśmy Projektem Tomhet. Wymazujemy pamięć wszystkim, którzy potrzebują odpoczynku od tego, co ich spotkało. Potrafimy sprawić, że zapomnicie o obozach, eksperymentach, projektach, Lidze Dzieci.
Ja, Uriah, Danny, Spike, Jenny, Striker, Błysk i Zeta. Ośmioro Pomarańczowych. Dzięki współpracy uciekliśmy zanim nas dowieziono do Thurmond. I nawet nie wiemy jak to zrobiliśmy.
Głównie dlatego, że wymazaliśmy pamięć o całej akcji. Zbyt wiele się wtedy wydarzyło. Rozdzielono mnie z moją przyjaciółką. Tyle pamiętam. Trzask wybijanej szyby, jej odłamki rozbijające się na drodze, skok Błyska, jego krzyk. Autobus się zatrzymał.
A potem... niewiele wiem. Udało nam się wedrzeć do jakiejś drewnianej chatki, lekko nadgryzionej zębem czasu i pleśnią.
Nasz mechanizm działania jest prosty. Szukamy plemion. Wdzieramy się do umysłów jego członków. Sprawdzamy, kto jest naprawdę umysłowo zniszczony. Jedno z nas prowadzi "pacjenta" do reszty. Kasujemy mu pamięć o traumatycznych wspomnieniach. Odprowadzamy do plemienia i tyle. Cała operacja zazwyczaj przebiega bez problemu.
Dopóki nie nadchodzi ten trudny dzień, w którym musisz wypełnić schemat udręczonego Pomarańczowego czyszczącego pamięć komuś, na kim mu zależy.
Tego dnia Uriah był niespokojny. Nie poprawiał nawet kosmyków przydługich blond włosów, wpadających mu do brązowych oczu. Miał zaciśnięte usta i gniewnie wpatrywał się w ziemię. Co jakiś czas drżał nerwowo.
- Na Urizena, Uriah, co się dzieje? - zapytałam.
- Czuję to. Znowu. Skrzywdzony umysł. - Splunął na ziemię z pogardą.
- Blisko?
- Bardzo.
- Zeta! - zawołałam. Poczułam go tuż za sobą. To świdrujące spojrzenie jednego niebieskiego oka. Drugie, chociaż otwarte, było całkowicie białe. Ślepe. Twarz Zety zakrywała do nosa czarna chusta z czerwonym znakiem Psi, skradziona jakiemuś żołnierzowi SSP. Zeta nie chciał pokazywać blizn, które miał na twarzy. Blizny od zbyt ciasnego kagańca, jaki nałożyli mu na twarz rodzice. Werżnął mu się tak ostro, że ślady nie zeszły. Może dlatego, że nosił go przez jakieś trzy lata.
- Zeta, znajdź pacjenta - poleciłam. Kiwnął głową. Już po chwili zniknął gdzieś w tle.
Uriah znowu zadrżał. Chciałam podejść do niego i go pocieszyć, ale nie wiedziałam jak to zrobić. Wdarłam się do jego umysłu i usiłowałam zobaczyć, co wywołało w nim taką reakcję.
Nie!
Ryk umysłu Uriaha odrzucił mnie lekko. Skrzywiłam się. Uriah zacisnął pięści i wstał z kamienia, na którym siedział. Wykonał gest, jakby coś we mnie ciskał. Nie zdążyłam zareagować. Moje ciało automatycznie uległo sile jego umysłu i posłusznie padło na ziemię.
Nie rób tego więcej!
- Uriah - szepnęłam. Wiedziałam, że ten głos rozlega się w mojej głowie. Że słyszę to tylko ja.
Żadne Uriah! Chcesz mną zmanipulować, jak wy wszyscy!
- Proszę, nie - jęknęłam.
Danny przybiegł do nas i zanim Uriah zdołał zareagować powalił go na ziemię. To zerwało więź między naszymi umysłami. Wstałam podczas gdy Danny wyraźnie skupił się na wejściu w umysł Uriaha.
- Ari, znajdź Strikera, powinien gdzieś się kręcić - sapnął Danny, przyciskając głowę Uriaha do ziemi.
Kiwnęłam głową. Popędziłam przed siebie. Wiedziałam, że Striker robi coś w tym malutkim lasku blisko naszej chatki. Na tym moja wiedza, niestety, kończyła się.
Zauważyłam chudą postać Strikera z jego czerwono-żółtymi włosami. Wyciągał rękę w kierunku brązowego zająca, który bardzo szybko poruszał nosem i wpatrywał się w mojego kolegę "po fachu" z dziwną ufnością. Striker wykonał lekki, ledwie zauważalny gest. Zwierzę zesztywniało, po chwili stanęło na dwóch łapach.
- Świetnie zrobione, Charlie - wymruczał Striker. Wykonał kolejny gest i zając wrócił do stania na wszystkich łapkach. Striker pogłaskał zająca i roześmiał się cicho.
- Striker - rzuciłam. Brakowało czasu. Danny był silny, ale Uriah miał wielką siłę umysłu.
- Zostań tu - nakazał zwierzęciu.
- Musisz ze mną iść, teraz. Uriah ześwirował, Danny go przygwoździł... nie wiem ile mamy czasu.
Striker otworzył szeroko te swoje żółte oczy i pobiegliśmy do chłopaków.
Uriah leżał nieprzytomny. Jego długie blond włosy były teraz brudne od ziemi i rozsypane dookoła. Danny siedział obok, skulony, jakby coś go bolało.
- Na Urizena Architekta, co tu się stało? - zapytałam z przerażeniem.
- Z jego umysłem nie jest dobrze, chyba ma jakąś paranoję - wymruczał Danny, kiwając się do przodu i do tyłu. - Skasowałem mu to, ale to może wrócić.
Byłam wstrząśnięta. Uriah dotąd był najbardziej racjonalny z nas wszystkich. Jak to możliwe, że to on dostał jakichś odpałów? A może racjonalność to tylko przykrywka? Albo zwariował od wyczuwania skrzywdzonych umysłów?
Striker uklęknął przy Uriahu.
- Ale czemu jest nieprzytomny? - zapytał podejrzliwie.
- To po usunięciu paranoicznych myśli - wyjaśnił Danny, nie przestając się kiwać.
Minęło jeszcze kilka minut zanim Zeta przyprowadził przed nas pacjenta, tak właściwie pacjentkę.
Zamarłam.
Znałam ją.
Znałam te splątane, brudne blond włosy, to udręczone spojrzenie oczu o niezidentyfikowanym kolorze, te usta, zaciśnięte tak, że tworzyły cienką kreskę, tę bliznę w kształcie półksiężyca na lewym policzku.
- Ari - chrypnęła, uśmiechając się lekko. - Ariano, pamiętasz jeszcze jak... jak...
- O kur... - wyrwało mi się.
Zeta podtrzymywał jej ręce za jej plecami, aby nie mogła uciec. Patrzył widzącym okiem gdzieś w bok.
- Ari - wymruczała, chichocząc nerwowo. - Ari, wiesz co to Jamboree?
Kiwnęłam głową. To ten cholerny projekt, w którym piorą Czerwonym mózgi.
Jej ciałem wstrząsnął gwałtowny dreszcz. Lewa ręka podrygiwała jej silnie. Zeta ciągle trzymał ręce dziewczyny, więc ta jęknęła z bólu.
- Ari, Ari, kochana, skończ to - poprosiła, śmiejąc się przez łzy. - Zabij mnie, nie wiem, zrób cokolwiek!
Milczałam. Musiałam jednak podjąć decyzję.
Wniknęłam do jej umysłu. Okropne obrazy pojawiały się raz po raz. Pokój, w którym głosy kazały ci się poddać leczeniu i odrzeć z własnej tożsamości. Szeregi Czerwonych z tępymi, obojętnymi minami. Czerwoni wijący się na podłodze w drgawkach.
To trzeba było usunąć.
I tak zrobiłam.
Jesteś Zielona, na imię ci Emma.
Tępy wyraz jej twarzy utrzymywał się nawet wtedy, kiedy Zeta zabierał ją znowu do jej plemienia.
Tam już nie dotarła.
piątek, 30 stycznia 2015
Rozdział V
- Skarbeńku, masz ty jakieś imię? - zapytała spokojnie. Nie odpowiedziałam. Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Cóż, zdałam się wtedy na kompletną szczerość.
- Nie wiem.
- Jak to nie wiesz? Skarbeńku, jak to nie wiesz jak masz na imię?
Wzruszyłam ramionami. Dobra, nie miałam ochoty na rozmowę z Izzy. Jakby nie patrzeć, z zeznań Leanne wynika, że kogoś zabiła. Kto miałby ochotę na rozmowę z mordercą?
- Skarbeńku, czy mogę do ciebie mówić... Skarbeńku?
- Ale dlaczego "Skarbeńku"?
Izzy zastanawiała się chwilę. Zagryzła wargę i wbiła swój wzrok gdzieś w oddalony punkt.
- Bo mi kogoś bardzo przypominasz - rzuciła w końcu.
Nie powiem aby to mnie specjalnie zaskoczyło. Pewnie chodzi o jakąś jej zaginioną siostrę czy coś w tym rodzaju. Zapewne siostrzyczka/przyjaciółka trafiła do obozu albo zabiło ją to OMNIchóróbsko. Nie załapała się na strzelanie iskierkami z palców, trzaskanie elektrycznością gdzie popadnie, miotanie przedmiotów bez ich dotykania, kontrolowanie ludzkich umysłów czy chociażby nadwyżkę inteligencji. Albo właśnie się załapała, tylko coś poszło nie tak.
Usłyszałam z tyłu przeklinającą Leanne. Nie przytoczę jej słów, po prostu nie chcę. Takich rzeczy nie powinno się pisać bez potrzeby. Usłyszałam jeszcze zduszone "Och" jednego z chłopaków. Odwróciłam się i zobaczyłam, że Jake (to był chyba Jake) trzyma się za głowę. Jego kolega Tom zaciskał pięści. Leanne najwyraźniej spostrzegła się, że może przecież użyć jeszcze głowy do zaszkodzenia swoim wrogom. Izzy tylko się uśmiechnęła. Nie było w tym już nic z tej parodii uśmiechu, którą przekazała związanej Leanne. Tutaj widać było nieco smutku.
- Lea, nie rzucaj się. To nie ma sensu.
- Czego ty od nas chcesz?! - wykrzyczała Leanne.
Izzy odwróciła się do niej. Wyciągnęła rękę w jej stronę i gwałtownie szarpnęła w górę. Zielona wystrzeliła ponad nas wszystkich i unosiła się w powietrzu. Więc Izzy była Niebieska.
- Czy to takie ważne? - wysyczała.
Leanne wyglądała okropnie. Z przymkniętymi oczami, rozsypanymi w powietrzu włosami i rękami, związanymi za jej plecami była jak postać z koszmaru.
- Przestań - wymamrotałam.
- Co? - rzuciła Izzy.
- Przestań - powtórzyłam.
Niebieska wzruszyła ramionami i ruchem ręki odstawiła Leanne na ziemię. Zielona upadła na kolana. Jake chciał jakby przywalić jej w głowę, ale Izzy wysunęła rękę w jego stronę. Chłopak zrozumiał o co jej chodzi i jedynie prychnął gniewnie.
- Czemu jej tak bronisz? - zapytała mnie Izzy.
- Nie znam jej zbyt długo, ale wiem, że mnie też by broniła.
- Doprawdy?
Grunt pod stopami przestał być tak pewny. W zasadzie to już po chwili go nie było a ja wzbijałam się coraz to wyżej i wyżej...
Skądś znałam to uczucie. Przestajesz czuć ziemię i wzlatujesz, wzlatujesz, lecisz bez końca w tych wszystkich wspomnieniach i ten spokojny głos ci mówi, żebyś zapomniała o wszystkim i po prostu dała się porwać... nie stawiaj oporu, zwyczajnie się nie da, twoje myśli i tak należą do Spokojnego Głosu, który każdym słowem wypala dziurę w umyśle... Wypala... ogień... pustka...
Uderzyłam o ziemię. Wszystko stało się znacznie bardziej widoczne. Nade mną stała Izzy a Leanne wywrzaskiwała coś, czego nie mogłam zrozumieć. Alex starał się ją uspokoić. Jake i Tom krzyczeli na Leanne. Ja starałam się powrócić ze słodkiej krainy moich myśli. Może nie do końca słodkiej, prędzej słodkogorzkiej, no ale cóż.
- Co ci jest?
- CO TY JEJ ZROBIŁAŚ?!
- Uspokój się...
- Zamknij się suko!
- Pytam się jeszcze raz, co ci jest?
Skrzywiłam się tylko. Za dużo dźwięków. To bolało. Gestem pokazałam, że chce mi się pić. Izzy pokiwała tylko głową i rzuciła coś do Toma i Jake'a. Zaczęłam się zastanawiać czy są jej kolegami, czy jej niewolnikami?
Nie wiem co się działo dalej. Nie, na szczęście tym razem nie zemdlałam. To było coś w rodzaju dziury w pamięci. Jakby wycięto z filmu klatkę tak, aby można było się zorientować, że pominięto spory kawałek akcji, ale film idzie dalej pomimo sporego ubytku.
- Mówisz przez sen.
Nie otworzyłam oczu, bo już były otwarte. Prawdopodobnie też nie spałam przed moim nagłym ocknięciem się. Zajerestrowałam obecność Izzy tuż naprzeciwko mnie. Klęczała. Ja leżałam, ale nie kompletnie na ziemi. Ktoś położył pode mnie jakiś koc albo prześcieradło, w sumie nie wiem co.
- Co mówię? - powiedziałam. Miałam taki dziwnie słaby głos.
- Coś do jakiejś dziewczyny na A. Że ma tego nie robić czy coś. - Spojrzenie Izzy nie było nadto podejrzliwe jak u Leanne czy zbyt ciekawskie jak u Alexa. To było spojrzenie rasowego terapeuty z przyczepioną metką "Opowiedz o swoich problemach jeżeli chcesz".
- Aha - odparłam niezbyt inteligentnie. - A czemu właściwie nie śpisz?
- Nie mogę. Nie chcę.
- Czemu nie chcesz?
- Bo wtedy mówię przez sen. - Na twarz Izzy wstąpił blady uśmiech, ledwie widoczny w blasku dogasającego ogniska. Też się lekko uśmiechnęłam.
- Pozostali gdzie?
- Jake patroluje. Reszta śpi i ma się dobrze. Tobie też bym radziła znowu zasnąć, ale próbuj nie krzyczeć do tej A., dobrze?
- Ta.
- No to śpij. Dobranoc.
Chwilę mi zajęło przypomnienie sobie, kim była i co zrobiła Izzy. Targa nas siłą za sobą. Według zeznań Leanne, zabiła człowieka. Wylewitowała mnie i Leanne w powietrze.
A teraz mówi mi "Dobranoc" i opowiada o tym, co mówiłam przez sen? To nie jest normalne ani logiczne. Ona powinna mi przywalić i warknąć coś w stylu "Żeby to się nie powtórzyło". Brak logiki, pomocy. Zieloni potrzebują logiki. Ja jej potrzebuję.
Chciałam wstać, aby pójść do Alexa i Leanne. Izzy zauważyła moje wysiłki i jakby położyła rękę w powietrzu. Poczułam jak coś mnie przyciska do ziemi, powoli i delikatnie, lecz stanowczo.
- Nie wstawaj - mruknęła surowo Izzy. - Idź spać, dobrze radzę.
Sen wzywał mnie tak kojąco. Dalej, zapomnij, wołał. Poddałam się mu. Jedyną rzeczą, którą poczułam przed samym zaśnięciem, było spojrzenie Izzy.
Rany, czego od nas do cholery chce?
niedziela, 25 stycznia 2015
Rozdział IV
niedziela, 28 września 2014
Rozdział III
- Mam ci cały czas pomagać? - zapytała.
- Nie, dzięki.
- No ja mam nadzieję. - W jej tonie słychać było coś, co brzmiało jak "Następnego razu ma nie być, jasne?".
Gdzieś w oddali zamajaczyła mi jakaś postać. Po plecach przebiegł mi dreszcz. Ktoś nas obserwował i nawet nie próbował zbytnio się z tym kryć. Wydało mi się to naprawdę niepokojące. Chciałam coś powiedzieć, ale wtedy sylwetka zniknęła między drzewami.
Przeanalizowałam wszystko w myślach. Nie mogę o tym powiedzieć Leanne, bo uznałaby mnie za wariatkę. Jeżeli uzna mnie za wariatkę to mnie zostawi. Jeżeli mnie zostawi... prawdopodobnie skończę w łapskach żołnierzy.
Przeszłyśmy kolejnych kilka kroków. Moim oczom ukazało się coś, co przypominało małe obozowisko. Ujrzałam miejsce, w którym trawa była lekko nadpalona. Obok stał prowizoryczny namiot, składający się z kilku zszytych ze sobą płaszczy przeciwdeszczowych.
Usłyszałam szelest. Leanne nagle odwróciła się w stronę, z której dobiegał dźwięk. Po chwili dobiegł mnie jęk jakiegoś chłopaka, który był poprzedzony odgłosem uderzenia pięścią o policzek. Spojrzałam tam. Leanne stała nad kimś i wznosiła głowę do góry. Uniosła ręce, jakby chciała sięgnąć do swojej twarzy, ale natychmiast je opuściła ze zrezygnowaniem.
- Alex, do cholery, czy ty nigdy się nie nauczysz?
Chłopak wstał. Z kącika jego ust płynęła wprawdzie cienka strużka krwi, ale mimo to nie przestawał się przepraszająco uśmiechać. Wariat, ot co.
- A kto to? - zapytał. Czułam na sobie jego ciekawski wzrok, jakbym była obrazkiem z serii "Patrz przez 30 sekund i przenieś wzrok na ścianę"
- Emma - mruknęłam.
- Alex. Alexaandeer! - zanucił. Wyciągnął do mnie rękę. Z lekką dozą niepewności podałam mu swoją dłoń, a ten potrząsnął nią tak, że omal co mi nie odpadła. Następnie poprawił swoje ciemnobrązowe włosy, w których tkwiło coś, co wyglądało na popiół.
Leanne zauważyła, że wpatrywałam się w te szare drobinki. Skrzywiła się i sięgnęła do włosów chłopaka. Ten odsunął się na bok i pokręcił głową.
- Mowy nie ma! To pamiątka. Pamiątek się nie niszczy! - zaprotestował.
Moja znajoma przewróciła oczami i oparła się o mnie tak niedbale, jak to tylko było możliwe.
- Też kiedyś miałam pamiątkę. To była mała kula śnieżna. W środku była baletnica. Pewnego dnia siedziałam przed domem i chciałam sprawdzić wytrzymałość szkła, a że nic innego nie było pod ręką, chwyciłam kulę i ją rozbiłam. Nie żałowałam, bo przynajmniej dowiedziałam się, z jakiej wysokości musi spaść kula śnieżna, aby się rozbić.
- Naprawdę nie żałowałaś? - zapytałam.
- Skąd, kłamię. Przez dwa tygodnie nie mogłam się pozbierać.
Alex roześmiał się. Miał taki chłopięcy głos. W myślach wyceniałam jego wiek na około czternaście lat. Ciekawiło mnie, w jakim obozie i przez ile czasu musiał być, aby ciągle nie tracić pogody ducha?
- Ty jesteś... Niebieski? - zgadywałam.
- Nie-e! Żółty! - Alex podniósł dumnie głowę.
- Kolor nie ma nic do rzeczy - mruknęła Leanne, która wreszcie raczyła przestać się o mnie opierać. - Chyba ci trzeba zmienić mundurek, Emma. Możesz wziąć sobie coś z moich rzeczy, jeżeli będą pasować. Alex, spalisz później te jej ciuszki?
Spalisz. Spalisz, to słowo, które od czasu do czasu tłukło mi się po głowie, wypowiadane cichym, spokojnym głosem. Słowo wrzynające się boleśnie w myśli. "Spalisz to".
- Idź lepiej spać - doradziła dziewczyna.
Postanowiłam dostosować się do jej rady i wpadłam do namiotu, w którym, o dziwo, było całkiem sporo miejsca. Sen przyszedł szybko, ale równie prędko odchodził.
Przebudziłam się i zamiast podejmować próby ponownego zaśnięcia wpatrywałam się w prowizoryczny sufit. Ciemność na zewnątrz mnie nie przerażała. Wiedziałam, że są rzeczy od niej gorsze.
I wtedy usłyszałam szept. Nie rozróżniałam słów, ale wyczuwałam coś złowrogiego w samym tonie. Postanowiłam wstać i rozeznać się w sytuacji.
Wyszłam z namiotu, stawiając kroki najostrożniej jak tylko mogłam. Szłam przed siebie, abym się nie zgubiła. W miarę oddalania się nabierałam przeczucia, że tak naprawdę nic mi nie grozi. Po kilku minutach marszu odwróciłam się i rozpoczęłam drogę powrotną.
Kiedy dotarłam do naszego obozowiska zauważyłam trzech intruzów. Krzyknęłam, czym niestety zwróciłam na siebie uwagę. Usłyszałam zduszony okrzyk Leanne, odgłosy szamotaniny i krótkie wyładowanie elektryczne, które rozświetliło przez chwilę mrok.
Poczułam, jak ktoś zatyka mi czymś usta i przestałam cokolwiek widzieć.
niedziela, 14 września 2014
Rozdział II
Do mojego umysłu jak burza wpadła myśl: możesz oddychać. Wzięłam głęboki wdech. Płuca wypełniły się chłodnym powietrzem. Wypuściłam je ze świstem. Powtórzyłam wszystko, jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze...
Nagle ktoś dał mi porządnie z liścia.
- Auu - jęknęłam. Próbowałam dźwignąć się z ziemi, lecz po chwili padłam na nią ponownie. Wtedy na mojej twarzy spoczęło coś niemiłosiernie łaskoczącego. Otworzyłam oczy i zobaczyłam rozmazaną plamę złota, spływającą powoli na mój nos. Zamrugałam kilka razy, aby odzyskać ostrość widzenia. Kiedy obraz wreszcie nabrał sensu zrozumiałam, że to po prostu blond włosy. A włosy powinny mieć i właściciela.
- Co się tak podniecasz? Trzasnęłaś w drzewo! - przypomniał mi wysoki dziewczęcy głos. Po chwili dotarł do mnie też fakt, iż ta plama nade mną to nie prześwit między drzewami, ale blada twarz dziewczyny. Zresztą, mogłam się tego domyśleć: po co prześwitowi między drzewami okulary?
- Ja wiem - powiedziałam mało inteligentnie- Walnęłam w drzewo.
- Kojarzysz fakty - mruknęła blondynka- Nie wiem coś ty robiła, ale wiem, że jesteś...
- Zielona?
- ...kretynką. Miałam na myśli kretynkę.
W końcu poczułam, że jestem w stanie wstać. Dźwignęłam się i chwiejnie stanęłam na nogach.
- Umiesz też chodzić. Gratulacje. W takim razie przejdźmy do konkretów.- W tym miejscu dziewczyna zachichotała z własnego żartu - Ja jestem Leanne.
Skinęłam głową. Nagle uświadomiłam sobie, że niezbyt pamiętam kim ja jestem. Wytężyłam wszystkie siły mojego umysłu, aby sobie przypomnieć. Niestety, nie udało się. Postanowiłam więc zmyślać.
- Emma - przedstawiłam się. Zawsze chciałam mieć na imię Emma.
Leanne przyjrzała mi się badawczo. Jeszcze nigdy nikt mnie tak nie prześwietlał samym wzrokiem. Poczułam się zagrożona. Kiedy zaczęłam rozważać nagłą ucieczkę blondynka przestała mi się przyglądać. Kiwnęła głową, jakby z czymś się zgadzała. Odwróciła się i przeszła kawałek. Stałam tam dalej i patrzyłam, jak powoli odchodzi.
- Idziesz ze mną czy nie idziesz?
Byłam zaskoczona. Myślałam, że wzmianka o chodzeniu to po prostu taki żarcik. Leanne przekrzywiła głowę na lewą stronę.
- Długo mam tu stać? - zapytała.
- Nie - z moich ust wydobyło się to jedno słowo. Pomaszerowałam przed siebie. Dziewczyna uśmiechnęła się krzywo i zrównała krok ze mną.
Jeszcze nie wiedziałam do czego mnie to doprowadzi.
sobota, 13 września 2014
Rozdział I
Biegłam przed siebie, usiłując uniknąć konfrontacji z ubranymi na czarno mężczyznami. Zaskoczyłam ich, dlatego jeszcze byłam w stanie jako tako uciec. Inni chyba nie mieli takiego szczęścia, o ile szczęściem można nazwać zbieganie przed jakimiś żołnierzami z bólem w klatce piersiowej. A może chodziło im o wolność? To trochę… zbyt idealistyczne? Może chcieli po prostu się wydostać z tego piekła. Niezbyt im się to udało, wnioskując z opowieści, krążących po naszym obozie.
Doganiali mnie. Odwróciłam się na chwilę i to był mój błąd. Potknęłam się, przekoziołkowałam kilka razy i poczułam mocne uderzenie. Po delikatnym dotyku liści wywnioskowałam, że uderzyłam w drzewo. Raczej nie będę odkrywcza, kiedy powiem, że bolało, prawda?
Facet spojrzał na mnie. Nie widziałam tego, ale czułam. Przed moimi oczami zaczęły tworzyć się ciemne plamy. Nie wytrzymam, zaraz wezmę głęboki oddech, odkryją, że ze mną wszystko w porządku i wrócę tam, do tego miejsca. Powtarzałam im, że jestem Zielona, ale nie chcieli mnie słuchać. Czemu…?
Mężczyzna przyłożył ucho do mojej klatki piersiowej. Jego zarost kuł mnie w miejsce, w którym mundur się trochę rozerwał. Miałam ochotę odepchnąć faceta od siebie. Cholera. Wyczuje bicie serca. Wszystko na nic. Równie dobrze mogłam przed nimi stać i krzyczeć „Nie złapiecie mnie!”.
- Dobra, jest martwa!
- Dzwonić po służby?- Zawołał inny.
- Nie, tu jej raczej nikt nie znajdzie. Nie będziemy ich specjalnie ściągać na drugi koniec kraju, nie?
Usłyszałam jak odchodzą. Chciałam się podnieść, ale nie miałam siły. Wolałam również poczekać na moment, który będzie w mojej opinii najodpowiedniejszy na wstanie z ziemi. W całym tym zamieszaniu zapomniałam jednak o najważniejszej rzeczy: oddychaniu.
Wśród czarnych plam tonął ten mroczny świat, w którym pełno ludzi nieprzyjaznych nam, ocalonym.